środa, 30 stycznia 2013

wesoły skin

W dzisiejszym odcinku zaprezentuje się Wam wesoły Skin (takim to mianem ochrzcił tę serię mój mąż).

Odżywczy krem Happy Skin do bardzo suchej skóry

Cacanki: Intensywnie działający krem do ciała, który pomaga łagodzić suchą i szorstką skórę.** Formuła wzbogacona olejem z pestek dyni odżywia i wzmacnia skórę, a aksamitna konsystencja kosmetyku sprawia, że jego rozsmarowywanie to prawdziwa przyjemność! 200  ml

Moje opakowanie, czyli standardowy słoiczek na balsamy z Oriflame:


Plastik jest w miarę gruby i sprawia dobre wrażenie


Niestety, po otwarciu przeraziłam się.... konsystencja jest mega rzadka 


na zdjęciach "krem" może wyglądać rzeczywiście na kremowy ale nie dajcie się nabrać - jest to bardziej balsam a nawet można powiedzieć, że mleczko do ciała


Weryfikacja cacanek:
- mam wrażenie, że to jest ten sam kosmetyk co w wersji butelkowej, tylko w innym opakowaniu. mam stare zdjęcie mleczka do bardzo suchej skóry z tej serii, więc wkleję, żeby było wiadomo o co mi chodzi. Używałam go już jakiś czas temu, więc głowy za to, co napisałam teraz nie dam, ale tak coś mi się to kojarzy nieładnie...


Produkt jest koszmarnie rzadki jak na kosmetyk zapakowany do pudełka. Lubię korzystać z mleczek i lekkich balsamów ale latem, kiedy skóra jest mniej wymagająca. Zimą poszukuję czegoś bardziej natłuszczającego, treściwego. I tu poczułam się oszukana jeśli chodzi o konsystencję. Rzadzizna, która na pewno nie jest kremem!
- skórę łagodzi i nawilża, całkiem nieźle się sprawuje. Nie jest to może czołg w swojej kategorii, ale radę daje. Choć tak jak mówię, wolałabym aby stał w mojej łazience wiosną lub latem. Jest ok choć staniki nie fruwają ze szczęścia.
- smaruje się nim dobrze, bo szybko się wchłania, natomiast sama aplikacja na pewno prawdziwą przyjemnością nie jest. Ba, rzekłabym nawet, że jest denerwująca i uciążliwa. Nabieranie palcami ze środka opakowania mleczka do ciała jest okropne, zawsze nabiera mi się za dużo albo za mało, kosmetyk leje się przez palce. Brrr...

Poza tym:
- zapach delikatny i szybko znikający ze skóry. typowo balsamowo-nijaki, troszkę jakby kwaśnawy (?)
- przez to, że ten nie-krem aplikuje się poprzez nabieranie palcami (a nie z tubki np.), jest niewydajny.

Jeżeli znajdziecie ten kosmetyk w korzystnej cenie (10 zł to moim zdaniem max), można wypróbować w tej formie opakowania. Ja do "kremu" na pewno nie wrócę. Natomiast mleczko do ciała, które podejrzewam o bycie bliźniaczym produktem, wspominam całkiem sympatycznie. Stosowałam je odpowiednią porą i miało odpowiedni dozownik.

Skład: AQUA, GLYCERIN, ISOPROPYL PALMITATE, HYDROXYPROPYL STARCH PHOSPHATE, CETYL ALCOHOL, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, STEARYL ALCOHOL, DIMETHICONE, GLYCERYL STEARATE SE, CETEARETH-20, PENTAERYTHRITYL DISTEARATE, IMIDAZOLIDINYL UREA, BIS-DIGLYCERYL POLYACYLADIPATE-2, METHYLPARABEN, PARFUM, XANTHAN GUM, OLEA EUROPAEA OIL, SODIUM BENZOATE, PROPYLPARABEN, CERA ALBA, COCOS NUCIFERA OIL, PANTHENOL, CITRIC ACID, LIMONENE, LINALOOL, CUCURBITA PEPO SEED OIL, BUTYLPHENYL METHYLPROPIONAL, CITRONELLOL, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, GERANIOL

Cena: 10 zł (20 zł)

Pozdrawiam! 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

stwór z lasu rodem

Dobry wieczór :) wracam na bloga z tego typu kosmetykiem, który zimą idzie jak woda, czyli z kremem do rąk. Jak na złość, takim letnio-smakowitym... Zużywam już drugie opakowanie.

Krem do rąk Nature Secrets z energetyzującą miętą i maliną

 Cacanki: Odśwież swoje zmysły dzięki ekstraktom z chłodząco-nawilżającej mięty i ochronnej maliny, które zawarte są w tym kremie do rąk. 75  ml

Tubka w rzeczywistości wygląda tak:
Mimo bieli opakowania, dizajn jest według mnie smakowity i naprawdę kusi.



Krem ma leciutko różowawy kolor i jak na standardy Oriflame, jest dość gęsty.

Weryfikacja cacanek:

- "chłodząco-nawilżające ekstrakty"... hm... Brzmi tajemniczo. Podstawowe zadanie kremu do rąk: ma nawilżać. No i nawilża całkiem nieźle. Może nie jest to jakiś cud, ale bardzo przyzwoity kosmetyk tego typu na pewno tak. Skóra moich dłoni ma się po nim dobrze i nie narzeka.
- działa na zmysły, niewątpliwie tak. Zapach jest dość naturalny, przy pierwszej tubce byłam nim oczarowana. Drugą zużywam już z mniejszym zachwytem bo mi się "opatrzył", mimo wszystko nadal go lubię i polecam amatorom aromaterapii. Przechodząc do rzeczy: krem pachnie lasem. Nie wiem czy któraś z Was zbierała kiedyś leśne, dzikie maliny rosnące w bujnych krzaczorach. To właśnie TEN aromat. Mięta, jakieś inne ziółka i coś miłego, słodkiego, owocowego. Bardzo fajne połączenie i za to brawa.

Ode mnie jeszcze:
- krem, jak już napisałam wyżej, jest dość gęsty. Nie trzeba wyciskać go dużo aby efektywnie posmarować nim dłonie
- kosmetyk może się z początku wydawać  trochę tłusty, zostawia na chwilę ochronną, śliską warstewkę glicerynową, która (dla mnie na szczęście) szybko znika. Można stosować ten krem w ciągu dnia bez obaw o zapapranie wszystkiego łapkami dookoła.
- wydajność jest jak najbardziej w porządku

Polecam wypróbować, bo stosunek jakości do ceny wypada moim zdaniem jak najbardziej in plus :)

Skład: AQUA, GLYCERIN, ISOPROPYL MYRISTATE, CETEARYL ALCOHOL, COCOS NUCIFERA OIL, BENTONITE, GLYCERYL STEARATE CITRATE, STEARIC ACID, CAPRYLYL GLYCOL, XANTHAN GUM, IMIDAZOLIDINYL UREA, METHYLPARABEN, CERA ALBA, PROPYLPARABEN, PARFUM, LIMONENE, PROPYLENE GLYCOL, HEXYL CINNAMAL, LINALOOL, BENZYL SALICYLATE, MENTHA AQUATICA EXTRACT, RUBUS IDAEUS EXTRACT, BUTYROSPERMUM PARKII BUTTER, ALPHA-ISOMETHYL IONONE, GERANIOL, POTASSIUM SORBATE, CI 77891, CI 17200

Cena: 5 - 7 zł (12 zł)

środa, 23 stycznia 2013

dziewczyny lubią brąz

Dzisiejszy odcinek sponsoruje kosmetyk, którego szczerze mówiąc używam rzadko. Nie jest to spowodowane jakąś jego wadą ale faktem iż nie mogę się przekonać, czy mi to pasuje... To, czyli konturowanie twarzy bronzerem. 


Brązujący puder Oriflame Beauty Terracotta


Cacanki: Połączenie naturalnych odcieni brązu i rozświetlających miodowych refleksów dodaje twarzy słonecznego blasku i uszlachetnia rysy. Jedwabista konsystencja i budująca formuła dopasowuje się do każdego typu karnacji. Uwagę przykuwa faktura pudru pofalowana niczym piaskowa plaża! 9.5 g

Moje, już ponad roczne opakowanie, wygląda tak:


Muszę przyznać, że robi niezłe wrażenie. Plastik jest dobrej jakości, dość gruby, puder fajnie ciąży w dłoni. Opakowanie jest o wiele staranniej i lepiej wykonane niż "ekskluzywna" marka Giordani Gold, co jest dla mnie dziwne. Ale cóż... :)



Jak widzicie, na powierzchni mojego pudru już nie ma złotego brokatu na falkach. Jest to tylko ozdoba, która ściera się po pierwszym/drugim użyciu.


Co bardzo ważne, puder jest matowy, bez żadnych brokatowych drobinek i perły

 
Maźnięty z palca i nieroztarty, prezentuje się na skórze tak:


Weryfikacja cacanek:
-  wizualnie ten puder prezentuje się pięknie, zwłaszcza, gdy jest nowy i ma na sobie złote drobinki. Moim zdaniem świetnie nadaje się na prezent. Nie pamiętam tylko, czy miałam do niego tekturowe opakowanie.
- odcienie brązu w różnym oświetleniu wyszły mi na zdjęciach różnie, ale prawdą jest, że jest to kolor wyglądający na skórze naturalnie (nawet na tej mojej bladej :)). Oczywiście po odpowiednim nałożeniu i roztarciu.
- jedwabista konsystencja? Hm. Ja bym raczej powiedziała, że dość zbita. Puder nie jest zbyt miękki, nie osypuje się, dzięki czemu nie nabiera się go zbyt dużo
- umiejętne konturowanie twarzy na pewno uszlachetnia rysy. Tylko czy mi się chce? czy umiem? to już inna kwestia ;)

Ponadto ode mnie:
- duży plus za długą datę ważności (choć i tak pewnie nie uda mi się go zużyć). Jest bardzo wydajny
- choć jest dobrze napigmentowany, to uważam, iż przy odrobinie uwagi, nawet początkująca osoba nie zrobi sobie nim krzywdy
- zapachu nie wyczuwam

Podsumowując, jeśli szukacie bronzera do konturowania, to jest to kosmetyk warty uwagi. Przeze mnie traktowany nieco po macoszemu, bo w sumie mogłabym się bez niego obyć, na co dzień nie używam - niemniej jednak, uważam go za naprawdę fajny produkt Oriflame :)

Skład: TALC, MICA, ALUMINUM STARCH OCTENYLSUCCINATE, NYLON-12, MAGNESIUM STEARATE, HYDROGENATED POLYISOBUTENE, DIMETHICONE, ETHYLHEXYL PALMITATE, CAPRYLYL GLYCOL, PROPYLPARABEN, METHYLPARABEN, TIN OXIDE, CI 77492, CI 77491, CI 77499, CI 77891, CI 19140

Cena: 26-30 zł (42 zł).

Pozdrawiam i jeszcze wam wkleję, jakie mamy aktualnie drzewa (i nie tylko ;)) - polukrowane grubą warstwą lodu. :)





poniedziałek, 21 stycznia 2013

pompowana powietrzem

Witajcie po dłuższej przerwie (u teściów byliśmy :)). Powracam z bardzo niedocenionym, moim zdaniem, kosmetykiem pielęgnacyjnym.

łagodząca pianka do higieny intymnej Feminelle

Cacanki: Łagodna pianka o nawilżających właściwościach. Delikatnie oczyszcza i koi wrażliwą skórę. Z wyciągiem z nagietka i olejkiem ze słodkich migdałów. 175  ml
Moja sfatygowana już buteleczka:

nieco wklęsła od naciskania, jest już ze mną długo :)


Przyznam, że na początku nie wiedziałam jak się za tę butelkę zabrać i musiałam poprosić o pomoc męża inżyniera, gdyż tylko fachowa wiedza ścisłowca mogła dać jej radę :P mądrzejsza o to co mi jednym ruchem wykazał, wklejam instrukcję ;) zamknięty korek wygląda mniej więcej tak


a gdy pociągnie się ten górny "talerzyk" do góry, wygląda tak:


I już. Wystarczy po prostu przechylić opakowanie, nacisnąć i mamy fajną, leciutką, sprężystą piankę

Weryfikacja cacanek:
- jest bardzo łagodna, nigdy mnie nie podrażniła
- robi wszystko to, co powinien robić dobry kosmetyk tego typu. Myje, koi, utrzymuje skórę w należyty porządku

A ode mnie:
- na stronie Oriflame znajduje się wiele bardzo negatywnych opinii na temat tej pianki. Mam wrażenie iż wynika to z nieumiejętnej obsługi opakowania. Wbrew pozorom, kosmetyku nie należy przed wyciśnięciem wstrząsać bo wtedy wypłynie lekko spieniona ciecz zamiast właściwej pianki. Wystarczy po prostu przechylić pojemnik ku dłoni i nacisnąć. Pianka wydobywa się bez żadnych problemów. 
- dla mnie takie właściwości opakowania są mega wygodne, o wiele bardziej komfortowe w użyciu niż dozowniki z pompką. 
- zapach ledwo wyczuwalny aczkolwiek przyjemny
- z feminelle miałam wcześniej łągodzący płyn do higieny intymnej - nie kupię go raczej ponownie, więc wkleję poniżej stare zdjęcie, aby było wiadomo o co mi chodzi


właściwości pielęgnacyjne obu kosmetyków oceniam w sumie identycznie, jednakże pianka przez wzgląd na jej formę (uwielbiam wszelkie pianki) jak i ogromną wydajność (mam ją już z kilka miesięcy i końca nie widać!) stoi o wiele wyżej w hierarchii. Płyn Feminelle jest okropnie rzadki, w porównaniu do pianki starcza na krótko - mimo, iż ma o 125 ml większą pojemność!

Ja piankę Feminelle kupiłam na zapas i z czystym sumieniem mogę polecić każdej osobie, która lubi tę formę kosmetyków.

Skład: AQUA, DECYL GLUCOSIDE, ALMOND OIL PEG-8 ESTERS, COCAMIDOPROPYL BETAINE, PROPYLENE GLYCOL, METHYLPARABEN, LACTIC ACID, PROPYLPARABEN, PARFUM, SODIUM LACTATE, CALENDULA OFFICINALIS EXTRACT, SORBITOL, 2-BROMO-2-NITROPROPANE-1,3-DIOL

Cena: 11 - 14 zł (27 zł)

Pozdrawiam i do następnego :)

wtorek, 15 stycznia 2013

flirt nie tylko dla nastolatek

Cześć i czołem, wracam do Was po dość męczącym tygodniu. Będzie dziś przyjemnie, bo okazuje się, że nie tylko nastolatkom pasują serie dla młodzieży. Ach jak można się odmłodzić :->

Pomadka Very Me Lipmania

Cacanki: Zaszalej z kolorem! Pomadka w 10 intensywnych, połyskujących odcieniach powinna na stałe zagościć w Twojej kosmetyczce. Pomysłowe opakowanie przypadnie do gustu każdej łowczyni trendów! 4 g

Zakupiłam odcień Flirty Pink, który wydał mi się najbardziej delikatny i zbliżony do naturalnego odcienia ust

 

Z tego co kojarzę, każdy kolor ma innego buta na opakowaniu. Muszę przyznać, że rysunek oraz napis są naprawdę dobrze wykonane. Nie jest to szorstki nadruk na gładkim plastiku tylko wygląda na integralną część opakowania. Na mój gust, całość prezentuje się  bardzo sympatycznie.


Dodatkowo, plastik jest naprawdę gruby!  Szczerze mówiąc byłam w szoku, że za tak małe pieniądze (po cenie dla konsultantów coś ok. 6,5 zł!) można dostać taki fajny gadżet. Byłam przekonana, że dostanę coś cienkiego, co zaraz się pokruszy/odłamie. A tu takie miłe zaskoczenie. 


Pomadka gładko i bezproblemowo wysuwa się do góry. Moja jest troszkę podrapana z boku bo sobie chyba nie trafiłam z zatyczką ;)


Trzeba tylko uważać przy odkręcaniu jej do końca (czyli: gdy produkt będzie się już kończył), gdyż spód po "przekręceniu się" luzuje chwyt i może nam zostać w ręce ;) No ale nic, wybaczam, bo wystarczy wszystko złożyć do kupy, uważać - i działa jak powinno. 

Kolor na białej kartce papieru


Weryfikacja cacanek:
- nie wiem jak inne odcienie, ale Flirty Pink (na szczęście!) na ustach nie jest intensywny. Daje raczej efekt delikatnie perłowy, lekko (naprawdę lekko) różowy. Usta są ciuteńkę jaśniejsze niż normalnie ale nie w  taki ordynarny sposób a la usta skwarki z solarium. Efekt jest naprawdę super. Kiedy nie chcemy odciągać uwagi od oczu a nasze wargi mają wyglądać jedynie na zadbane i delikatnie podkreślone - to jest właśnie ten produkt. Dodam jeszcze, że perłowych ust, takich jak po użyciu pomadek z Power Shine nie lubię (rzadko pasują mi do reszty makijażu) - Lipmania nie daje aż tak intensywnie brokatowego efektu. Myślę, że jako nastolatka mogłabym się spokojnie taką szminką pomalować przed wyjściem do szkoły.
- jak już zdążyłyście się zorientować, dziewczęce opakowanie bardzo przypadło mi do gustu

Poza tym:
- pomadka bardzo fajnie nawilża, za co również ogromny plus. Konsystencję ma kremową, nietłustą. Często sięgam po nią ot tak, w domu, w celu zapewnienia ustom lekkiego nawilżenia.
- zapach szału nie robi :) a szkoda. Jednoznacznie kojarzy mi się z okresem dzieciństwa, kiedy dostałam lalkę Barbie wyposażoną w maleńką szmineczkę dla jej właścicielki - pachniała tak samo. Pudrowo-nieciekawie.

Mogę powiedzieć, że zakochałam się w tym kosmetyku. Za śmiesznie niską cenę można dostać fajną rzecz, w gadżeciarskim opakowaniu i trochę mentalnie się odmłodzić. Może następnym razem zakupię fiolet? Możecie szczególnie polecić/odradzić jakiś odcień?

Skład: OCTYLDODECANOL, RICINUS COMMUNIS OIL, BIS-DIGLYCERYL POLYACYLADIPATE-1, POLYBUTENE, MICA, POLYETHYLENE, CERA CARNAUBA, CANDELILLA CERA, CERA MICROCRISTALLINA, TOCOPHERYL ACETATE, SILICA, PARFUM, PROPYLPARABEN, BHT, TIN OXIDE, TOCOPHEROL
Cena: 8 - 11 zł (16 zł)

Pozdrawiam z przerażeniem patrząc na to co dzieje się za oknem :(

wtorek, 8 stycznia 2013

jedwab na pachy

Dzisiaj przerwa w kolorówce i powrót do jednego z najbardziej trywialnych i niezbędnych kosmetyków. Kolejny antyperspirant w kulce od Oriflame:

Antyperspiracyjny dezodorant Silk Beauty 

Cacanki: Całodzienna świeżość i kobiecy, kwiatowy zapach zamknięty w kulkowym, poręcznym dezodorancie. Ze zmiękczającymi proteinami jedwabiu i ochronnym ekstraktem z orchidei. 50  ml
A oto moja, zużyta już kulka:






Weryfikacja cacanek:
- funkcja podstawowa, czyli świeżość na cały dzień: generalnie się sprawdza. Nie jestem osobą z jakąś nadmierną potliwością (chociaż lubię się jak najlepiej przed potem zabezpieczyć), mieszczę się raczej w normie. W zimie Silk sprawował się całkowicie bez zarzutu pod tym względem. We wczesnej jesieni, kiedy było jeszcze bardzo ciepło, ze dwa razy nie do końca poradził sobie z tym problemem i miałam lekko wilgotne pachy. Upalnym latem niestety go nie testowałam.
- zapach słodki, być może rzeczywiście kwiatowy. Mnie niczego konkretnego nie przypomina. Nie utrzymuje się na skórze długo, przynajmniej ja po paru chwilach już go nie wyczuwam
- walcowata forma dezodorantu, choć wizualnie nieco toporna, dobrze sprawdza się w praktyce. Kulka jest spora a stabilny, szeroki korek pozwala na postawienie Silka na głowie gdy już się kończy, aby resztki produktu spłynęły tam gdzie powinny.
- czy zmiękcza? nie wiem, ale generalnie skórę pod pachami miałam w dobrej kondycji

Ponadto:
- nie podrażnia i choć golę pachy codziennie, nie mam z nimi żadnych bolesnych problemów, jak to często gęsto bywało, gdy używałam sztyftów innych firm. Jest bardzo delikatny
- nie zostawia żadnych brzydkich śladów na ubraniach. ŻADNYCH.
- wchłania się szybko, więc nie klei się do ubrań
- jest niesamowicie wydajny. Męczyłam go chyba z pół roku (no, może ciut mniej, nie pamiętam :))

Uważam, że to kolejny, testowany przeze mnie, tani i dobry antyperspirant w kulce z Oriflame. Jeżeli któraś z Was testowała go latem, dajcie znać, czy dawał radę. Ja na chłodniejsze miesiące mogę go polecić. Generalnie stałam się fanką kulek Ori :)

Skład: AQUA, ALUMINUM CHLOROHYDRATE, PPG-15 STEARYL ETHER, STEARETH-2, CYCLOPENTASILOXANE, PROPYLENE GLYCOL, STEARETH-21, PARFUM, CYCLOHEXASILOXANE, ALLANTOIN, SILK AMINO ACIDS, SODIUM CHLORIDE, CYMBIDIUM GRANDIFLORUM FLOWER EXTRACT, IMIDAZOLIDINYL UREA

Cena: 6 - 7 zł (13 zł)

Pozdrawiam :)

P.S. wywaliłam weryfikację przy dodawaniu komentarzy, już nie trzeba odcyfrowywać żadnych chorych obrazków (nawet nie wiedziałam, że mam to ustawione O.o)

niedziela, 6 stycznia 2013

od zera do bohatera

Witajcie w ten niedzielny poranek ;) Dzisiaj mała niespodziewajka. Przychylając się do prośby o zdjęcie oka z korektorem Studio Artist stwierdziłam "a co mi tam" i trzasnęłam od razu makijaż zbiorczy abyście mogły ocenić jak prezentowane przeze mnie kosmetyki sprawują się w akcji. Kilka słów wstępu:
- cienie pod oczami to moja zmora, nie jestem chora, taka już moja wątpliwa uroda
- jestem dziś koszmarnie niewyspana i ogólnie nie tryskam wigorem. stąd zaczerwienione oczy i ogólne podbicie efektu cieni pod oczami
- generalnie nie używam brązów jeśli chodzi o cienie. Uważam, że nie pasują do mojej tęczówki, robi się po prostu nudno. Tak się jednak składa, że jedyne cienie jakie mam z Oriflame to brązy :) 
- nie zwracajcie uwagi na poczochrane brwi, pominęłam je przez zapomnienie w makijażu bo jestem półprzytomna ;)

Użyłam tutaj:
- pod oko korektor z serii Studio Artist (już opisywany), odcień light, utrwalony pudrem w kamieniu Giordani Gold, odcień translucent(opisywany)
- cienie do oczu z serii Smoky Collection, brązy
- kredki do oczu z serii Oriflame Beatuy, brąz i czerń
- kredka do oczu Kohl Pencil, odcień nude, użyta na linii wodnej
- tusz do rzęs Wonder Intense Lash (opisywany pod spodem)

Jako bazy pod cienie użyłam kosmetyku firmy Artdeco.
Kosmetyki, których tu jeszcze nie opisywałam szczegółowo, na pewno się jeszcze pojawią w osobnych postach.

Prosto z łóżka, koszmarnie niewyspana i... moje oko wygląda tak:


A po użyciu kosmetyków Oriflame tak:


Jak dla mnie różnica jest znacząca. A Wam jak się te kosmetyki w akcji widzą?

sobota, 5 stycznia 2013

cud dla cierpliwych

Dzisiejszego wieczora czeka mnie ciężkie zadanie zmierzenia się z tuszem-legendą, czyli odmianą sławnego Wondera. Zanim przeczytacie recenzję, muszę znowu powiedzieć kilka słów o sobie. Mam rzęsy ciemne, ale krótkie, cienkie i proste. Od tuszu wymagam więc wiele. Moim absolutnym ulubieńcem jest Max Factor Masterpiece Max. Bardzo lubię również ich 2000 cal (których opakowań zużyłam naprawdę sporo) oraz Xperience; Volume Glamour z Bourjois; ostatnio zachwycałam się także Sexy Pulp marki Yves Rocher. Za pomocą tych kosmetyków szybko i prosto jestem w stanie osiągnąć wymarzony efekt gęstych, grubych i nieposklejanych rzęs. Jak na ich tle wypada poniższy?

Tusz do rzęs Oriflame Beauty Wonder Lash Intense
Cacanki: Czarniejsze niż węgiel rzęsy o niezwykłej mocy przyciągania! Tusz wzbogacony mocno czarnymi pigmentami nadaje spojrzeniu głębi, wydłuża rzęsy, podkręca je i imponująco zwiększa ich objętość. 8  ml
No to jedziemy. Opakowanie:
Napisy są zrobione na opakowaniu dość dziwnie, bo szare na czarnym, przez co są słabo widoczne.






A oto sławna sylikonowa szczota


Włoski z jednej strony są krótsze, z drugiej dłuższe

 Weryfikacja cacanek:
- kolor rzeczywiście jest mocno czarny
- wydłuża, podkręca i zwiększa objętość. Tak, zgadzam się. Rzęsy naprawdę mogą prezentować się świetnie. Rozumiem, że można ten tusz kochać za efekt jaki daje. ALE...

- jego pierwszą podstawową wadą jest konsystencja. Jest potwornie rzadki. Czekałam prawie dwa miesiące od otwarcia (!) aby móc go w miarę normalnie używać. Wcześniej oblepiał po prostu rzęsy czarną mazią i okropnie sklejał, rozczesywanie ich zajmowało wieki a najgorsze było to, że nie dawał efektu gęstych rzęs. Nie było po prostu widać jego działania. Gdy podsechł było ok, niestety przy regularnym stosowaniu szybko zgęstniał w taki sposób, że problem ze sklejaniem się powtórzył. Normalnego używania go bez wkurzania się było może z miesiąc - półtora. Słabo.
- druga sprawa to sylikonowa szczota. Twarda, z ostrymi włoskami, którymi nie raz wjechałam sobie bardzo boleśnie w oko (a maluję rzęsy odkąd pamiętam, miałam przeróżne szczotki/grzebyki i nigdy sobie niczym takiej krzywdy nie robiłam). Ponadto, niezwykle łatwo jest sobie ubabrać powiekę przy linii rzęs.
- szczota ma jeszcze jedną właściwość, którą odbieram na minus. Długie i krótkie włoski - wedle słów producenta (czemu tego nie ma w opisie na ich stronie - nie wiem), aby pogrubić rzęsy i nałożyć tusz, należy stosować krótką stronę. Aby rzęsy rozczesać - stronę z długimi włosami. I rzeczywiście ten sposób działa. Z tym, że mnie bardzo irytuje, że przy makijażu muszę o takich rzeczach pamiętać i tracić czas. Tak, tracić czas, bo rozczesywanie rzęs po użyciu tego tuszu, wymaga cierpliwości. To nie jest szastr-prast i gotowe, tylko uważne zygzaki z nosem w lusterku.
- odnośnie efektu zwiększenia objętości rzęs: da się wyczarować piękną "firankę", ale nie będzie to raczej spektakularne pogrubienie rzęs lecz (przy precyzyjnym rozczesaniu) podkreślenie każdej z nich głęboką czernią, wydłużenie i lekkie wywinięcie ku górze. Nałożenie drugiej warstwy niewiele w tym temacie zmienia poza ryzykiem poklejenia. Zgadzam się jednak, że efekt jest naprawdę fajny.
- tusz jest rzadki, więc podatny na rozmazywanie się. Ale osypywania nie zauważyłam.
- miałam odmianę Wondera w limitowanej wersji fioletowej. Może jeszcze kiedyś będzie dostępna, więc napiszę tu o jego kolorze (bo właściwości te same). Jednym słowem - beznadzieja. Fioletu, koloru, który uwielbiam, nie było na rzęsach widać. W zamian otrzymywało się szaroburość, którą trzeba było pokryć czernią innego tuszu aby to jakoś wyglądało.

Tak więc, na tle kosmetyków, które opisałam we wstępie, nie wygląda to zbyt różowo. Tamtymi tuszami mogę w tempie ekspresowym doprowadzić rzęsy do pięknego wyglądu już od dnia zakupu. Przy Intense podobny efekt jest możliwy, ale trzeba duuużo cierpliwości i uwagi. Przy czekaniu na przeschnięcie, przy aplikacji, przy rozczesywaniu... Niewątpliwym atutem ratującym ten kosmetyk jest jego cena, śmieszna w porównaniu do takiego Masterpiece ale z drugiej strony tylko (w promocji) niecałe dwa razy niższa o 2 000 cal. Jeśli mam wybierać, wybrałabym 2 000 cal. Posłuży od razu, sprawnie i na długo.

Bardzo jestem ciekawa waszych opinii na temat tego kultowego tuszu. Czy tylko mnie zawiódł i uważam, że w ogólnym rozrachunku wypada słabo, nie zasługując na miano Kosmetyku Wszech Czasów (bo taką nagrodę ponoć posiada)? Czy to kwestia wersji, nieodpowiedniego używania?

Skład: AQUA, STEARIC ACID, HYDROGENATED CETYL OLIVE ESTERS, ORYZA SATIVA CERA, TRIETHANOLAMINE, BUTYLENE GLYCOL, CERA CARNAUBA, HELIANTHUS ANNUUS SEED WAX, ACACIA SENEGAL, PVP, CYCLOPENTASILOXANE, PVP/EICOSENE COPOLYMER, SILICA, CYCLOHEXASILOXANE, CERA ALBA, SYNTHETIC WAX, SHOREA ROBUSTA RESIN, IMIDAZOLIDINYL UREA, DIMETHICONE, RHUS VERNICIFLUA PEEL CERA, METHYLPARABEN, DISODIUM EDTA, HYDROXYETHYLCELLULOSE, HYDROGENATED MYRISTYL OLIVE ESTERS, CETEARETH-20, PHOSPHOLIPIDS, PANTHENOL, PROPYLENE GLYCOL, STYRENE/ACRYLATES COPOLYMER, TOCOPHERYL ACETATE, PROPYLPARABEN, BHT, PHENOXYETHANOL, PEG-12 DIMETHICONE, CI 77499, CI 77266

Cena: 16 zł (37 zł).

Pozdrawiam i czekam na wasze wypowiedzi na temat sławnego Wondera ;)